News

2026-07-03

Rozmowa z Joanną Braun

„Uwielbiam wszelkich pasjonatów!”

Rozmowa z Joanną Braun

Na początku maja, w Krakowie, spotkałam się z wieloletnią jurorką festiwalu „Lalka też Człowiek” – scenografką Joanną Braun. Rozmawiałyśmy o lalkach i maskach, o brawurze i pasji, o czarnym kolorze, który porządkuje świat, oraz o baśni Andersena, z której płynie ważna lekcja dla każdego z nas.

Tytuł festiwalu „Lalka też Człowiek” – co dla Pani oznacza?

To znaczy, że lalka jest bardzo ważna. Tak samo ważna jak człowiek.

Czy może się Pani podzielić jakąś historią związaną z lalką albo maską?

Mam mnóstwo masek. Zbieram je od lat. Wiele z nich dostałam, inne przywiozłam z różnych miejsc świata, chociażby z Meksyku, gdzie mieszkałam przez dwa lata. Jestem zaprzyjaźniona z rewelacyjnym maskarzem Ryszardem Hodurem, który pracował w Szkole Teatralnej, w której zresztą od dwudziestu dwóch lat prowadzę zajęcia. Niedawno przeszedł na emeryturę, choć nadal pracuje. Wczoraj się spotkaliśmy i to był pierwszy raz, kiedy nie przyniósł ze sobą żadnej maski.

Może miał ją na sobie?

No tak też bywa.

Temat maski wydaje się Pani szczególnie bliski.

To ogromnie ważny temat. Czym jest maska? Co zasłania, a co odsłania? Gdybym miała opowiedzieć jedną historię związaną z maską, wróciłabym do mojego debiutu w Teatrze Groteska.

Był rok 1968. Powstawał „Skąpiec” Moliera. Od dzieciństwa stykałam się z teatrem – Władysław Jarema był moim ojcem chrzestnym, znałam pracę Zofii Jaremowej. Szukając pomysłu na przedstawienie, natrafiłam na wizerunek władcy przedstawianego w masce gruszki. Być może nie był to właściwy okres historyczny, ale nie miało to dla mnie większego znaczenia.

Harpagon był skąpcem. Gdy odwróciłam gruszkę do góry nogami, zobaczyłam wychudzoną twarz. Na tym pomyśle zbudowałam cały spektakl. Rodzina Harpagona była odwróconą gruszką, a pozostali bohaterowie – gruszkami okazałymi.

To bardzo znacząca maska. Wielu rzeczy już nie pamiętam – po tylu latach i tylu premierach czasami sama się dziwię, kiedy znajduję pod szafą, na szafie albo w internecie ślady dawnych prac. Ale ten debiut pamiętam dokładnie.

Można więc powiedzieć, że teatr lalek towarzyszył Pani od najmłodszych lat.

Tak, od samego początku. Moja ciotka, Zofia Jaremowa, przyszła na moją wystawę dyplomową na Akademii Sztuk Pięknych. Uznała, że nadaję się do tej pracy, i zaproponowała mi przygotowanie scenografii do „Skąpca”. Oczywiście za najniższą stawkę, żeby nie było mowy o nepotyzmie.

Jako wieloletnia jurorka festiwalu „Lalka też Człowiek” na co zwraca Pani szczególną uwagę?

Na to, co mnie porusza. To festiwal międzynarodowy, o bardzo szerokich horyzontach. Dzięki niemu miałam okazję zobaczyć wiele różnych estetyk i szkół lalkarskich. Bardzo dużo zyskałam, oglądając te przedstawienia.

Pamiętam chociażby Kevina Augustine’a i jego spektakl „Body Concert”, który zdobył nagrodę kilka lat temu. To było niezwykłe połączenie tańca butō, maski, muzyki, światła i narracji. Takiej narracji, że właściwie brakuje słów.

Na co powinien zwrócić uwagę widz, który dopiero zaczyna swoją przygodę z teatrem lalek?

Na emocje. Lalki wzbudzają bardzo różne reakcje, ale właśnie o to chodzi. Mają poruszać. Nie mogą pozostawiać obojętnym.

Każdego jednak porusza coś innego. Czym poruszyła Panią „Balladyna”, która zwyciężyła ostatnią edycję festiwalu?

Brawurą.

Czym jest dla Pani brawura?

Odwagą mówienia o sobie. Zazwyczaj się wstydzimy albo próbujemy dopasować się do różnych układów – przyjacielskich, miłosnych, ekonomicznych. A kiedy ktoś idzie po swoje, bez zabezpieczeń, bez trzymanki, to właśnie nazywam brawurą.

Nie wiem, jaka jest słownikowa definicja, ale dla mnie oznacza właśnie to.

A jaki ma Pani stosunek do przedmiotów? Gra Pani z nimi? Tutaj np. stoi szklanka z sokiem. Czy jakoś ona Panią kusi?

Bardzo. Dla mnie ważne jest, jak ona stoi, jak układa się wobec tej dziurki w stole przed nami. To pewien rodzaj estetyzmu.

Wszystkie garnki w moim domu są czarne. Czarny jest moim ulubionym kolorem. Czerń stanowi oś, wobec której wszystkie inne kolory muszą się odnaleźć. To ona je określa.

Mieszkała Pani przez pewien czas w Meksyku i podróżowała po świecie. Czy istnieje jakaś uniwersalna cecha wszystkich lalkarzy?

To są pasjonaci. Ja w ogóle uwielbiam wszelkich pasjonatów. Wszystko jedno, czy jest to lalkarz, czy technik rowerowy, który nocami siedzi i coś sobie konstruuje. Bardzo podoba mi się połączenie emocji i techniki.

Nie jest obojętne, w jaki sposób animujemy lalki. Teraz pracuję nad spektaklem przygotowywanym dla Teatru Lalki i Aktora „Kubuś” w Kielcach na podstawie baśni Andersena. Długo uważano, że Andersen pisał wyłącznie dla dzieci, ale ukazały się nowe tłumaczenia, pozbawione dawnej infantylizacji.

Czytałam również jego biografię. W ogóle uwielbiam biografie. To przecież także rodzaj masek.

Kim jest dla Pani lalkarz? Dla mnie To człowiek wielu talentów. Najczęściej są to osoby, które robią wszystko same: piszą scenariusze, wybierają lub tworzą muzykę, wykonują lalki, reżyserują swoje przedstawienia. Tworzą własne światy. To wydaje mi się najbardziej fascynujące.

To się nazywa autopanoptikum. Wracając jednak do Andersena i Kielc – przygotowujemy spektakl „Kalosze szczęścia” w reżyserii Piotra-Bogusława Jędrzejczaka. Andersen przecież nie pisał dramatów. Nie tworzył dialogów ani didaskaliów. Opowiadał o czymś albo o kimś, najczęściej o sobie, ukrywając się pod różnymi maskami. Nie znałam wcześniej tej opowieści. Formalnie jest to baśń dla dzieci, ale ja uważam, że przede wszystkim dla dorosłych.

Kalosze szczęścia trafiają do kolejnych osób, które pragną znaleźć się gdzieś indziej, spełnić marzenie, doświadczyć upragnionego szczęścia. Jest pięć takich historii i każda kończy się podobnie. Bohaterowie dochodzą do przekonania, że doświadczenie wymarzonego szczęścia było najgorszym okresem ich życia. Pojawiają się pytania: „Czy jestem już wariatem?”, „Czy nadaję się jeszcze do ludzi?”, „Nie chcę już niczego”.

Nad całą opowieścią czuwają dwie postaci, które Andersen nazywa wróżkami. Ja nie lubię tego określenia. Ja to wszystko traktuję jako lustrzany karnawał. Jedna z kobiet nazywa się Szczęście, druga – Troska. Co z tego wyniknie? Zapraszam na premierę do Teatru Lalki i Aktora „Kubuś” w Kielcach.

Rozumiem, że Pani nie marzy o kaloszach szczęścia?

Nie marzę.

Ale żeby w ogóle nie marzyć – to jest niemożliwe!

Rozmawiała: Marta Janik
Zdjęcia: Marta Janik

Rozmowa miała miejsce w Krakowie na początku maja 2026 roku w kawiarni „Prowincja” przy ulicy Brackiej.

2026-02-26

Invitation to participate!

We have the pleasure to invite you to apply to participate in the 20th International Festival of Puppet Theatre and Animated Films for Adults „Puppet is a Human Too” which will take place from October 9th – 17th 2026 in Warsaw.

The invitation is aimed at professional puppeteers as well as students of puppetry art from all over the world.

Participation guidelines:
We invite puppet plays aimed at an adult audience. From the submitted entries, our selectors will choose approximately 8 performances to be presented in the competitive part of the Festival.

Submission deadline: May 31st 2026

Qualification results will be communicated electronically and published on the Festival website.

We hope to present your show at our Festival.

Please send your completed application to: biuro@uniateatrniemozliwy.pl.

Festival's Regulations

Application form