Aktualności
Rozmowa z Kevinem Augustinem
Kevin Augustine to amerykański lalkarz, aktor, twórca lalek, reżyser i autor, związany z Nowym Jorkiem. W 1997 roku założył własną grupę Lone Wolf Tribe, której jest dyrektorem artystycznym. Tworzy przede wszystkim współczesny teatr lalek dla dorosłych, łączący lalkarstwo, fizyczność, choreografię i teatr wizualny. Jego spektakl „Body Concert” otrzymał Grand Prix festiwalu „Lalka też Człowiek” w 2024 roku.
„Lalka może wskazać nam drogę do uzdrowienia”. Rozmowa z Kevinem Augustinem.
Dla Kevina Augustine’a lalka nie jest przedmiotem, lecz partnerem, nauczycielem i przewodnikiem. W jego pracy teatr lalek staje się sposobem na dotykanie tego, co trudne i niewypowiedziane – straty, cierpienia, cielesności i własnej wrażliwości. W rozmowie opowiada o lalce ze skarpety, którą zrobiła dla niego babcia, piance znalezionej na ulicy, japońskim butoh i o tym, dlaczego w relacji lalkarza z lalką czasami trzeba prowadzić, a czasami pozwolić się prowadzić.
Chciałabym zapytać cię o początki. Jak odkryłeś najlepszy sposób wyrażania siebie, którym – jak sądzę – jest lalkarstwo?
Szkoda, że nie pamiętam dokładnie tej chwili. Jako dziecko zawsze korzystałem z wyobraźni. Z rzeczy, które nie były zwykłymi zabawkami, robiłem zabawki. Po prostu przekształcałem przedmioty i opowiadałem historie. A moja babcia – jej rodzina pochodzi z Polski – mój tata i jego mama byli artystami. Lubili malować, lubili rysować. Moja babcia dostrzegła więc we mnie coś szczególnego. Myślę, że to właśnie ona jako pierwsza zapoznała mnie z lalkami. Wiem, że była jedyną osobą, która zrobiła dla mnie lalkę. I nadal ją mam.
Była to kukiełka skarpetkowa. Jest dla mnie bardzo cenna. Już jako dziecko zdawałem sobie sprawę, że to coś innego, coś wyjątkowego. Nie można było pójść do sklepu i tego kupić. A było to magiczne, bo to ona ją zrobiła. To była tylko skarpeta i kawałki materiału, a ona stworzyła z tego zabawkę. Dla mnie to była piękna rzecz. Zawsze mi to pozostało – ta umiejętność, by samemu tworzyć swoje zabawki.
Czy ta lalka miała imię?
Tak, bo miała duży ząb, więc nazwałem ją Fang (kieł) – trochę banalnie.
Użyłeś słowa „magiczny” i naprawdę wierzę, że w lalkarstwie tkwi magia. Czy możesz mi powiedzieć, czym teatr lalkowy różni się od innych dziedzin sztuki?
Cóż, naprawdę przekonałem się, jak bardzo się różni, kiedy skończyłem studia. Występowałem wtedy solo, wyłącznie jako aktor. To całkowicie zmieniło kierunek mojej kariery, bo po raz pierwszy byłem zarówno autorem scenariusza, wykonawcą, scenografem, jak i reżyserem. I to podobało mi się bardziej niż bycie tylko aktorem w cudzej sztuce. Mogłem stworzyć cały świat.
Robiłem to przez jakiś czas. Ale zacząłem tęsknić za innymi aktorami na scenie. Zacząłem czuć się samotny. Jednak tak trudno było zebrać zespół aktorów, którzy dzieliliby tę samą wizję. Chciałem opowiadać historie, a oni byli zajęci wyjazdem do Kalifornii, by robić karierę w telewizji, więc w pewnym sensie wróciłem do dzieciństwa, wspominając moją babcię.
Nie wiedziałem, jak robić lalki, ale po prostu znalazłem kawałek pianki w śmieciach na ulicy i zacząłem się mu przyglądać oraz go przekształcać. Zadałem sobie pytanie: „Czy to maska? Czy to lalka? Nie wiem!”. Zmieniłem to. Miałem więc ogromne szczęście, że znalazłem ten kawałek pianki, a to doprowadziło mnie do samodzielnego nauczenia się, jak być twórcą lalek.
Znam to uczucie, bo sama zajmuję się kolażem i czasami zbieram różne obrazki z ulicy. Wiem też, że to, co dla kogoś jest śmieciem, dla kogoś innego może być skarbem.
Podróżujesz po całym świecie i spotykasz lalkarzy z różnych krajów. Czy widzisz między nimi różnice? A może istnieje uniwersalny język lalkarstwa?
Większość teatrów, które oglądam, wykorzystuje język, słowa – mnóstwo słów. Ja też używam słów, ale nie zawsze. Niektóre spektakle nie zawierają żadnych słów. „Body Concert” opierał się wyłącznie na ruchu i emocjach.
Myślę, że siła lalkarstwa polega na fizyczności. Komunikujemy się poprzez rozmowę, nie angażujemy zbytnio naszych ciał. Zawsze myślę wtedy, że czegoś brakuje.
Kiedy byłem aktorem, grałem w bardzo tradycyjnych sztukach, sztukach klasycznych. Nie angażowałem zbytnio ciała; po prostu recytowałem swoje kwestie i odkryłem coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem: japoński taniec butoh. Znalazłem książkę, w której były zdjęcia tych wykonawców – w makijażu, byli groteskowi i piękni. Zapytałem: „Co to jest?”. Nie wiedziałem, że coś takiego istnieje na świecie!
Zanurzyłem się w tym całkowicie, ponieważ było to bardzo fizyczne doświadczenie. To był inny rodzaj komunikacji. W moim spektaklu, „Body Concert”, połączyłem to z lalkami. Stworzyłem bardzo fizyczny spektakl, ale pełen uczuć.
Różnica, jaką dostrzegam, polega na tym, że nie widzę zbyt wielu fizycznych, wizualnych przedstawień lalkowych.
A może istnieje jakiś uniwersalny język?
Uniwersalnym językiem, jaki dostrzegam, jest chęć ożywienia czegoś. Chęć posiadania pomocnika.
Lalka jest pomocnikiem?
Tak. Jest pomocnikiem. Istnieje coś wykraczającego poza nas samych. Myślę, że właśnie stąd bierze się magia. Lalki są podobne do nas, ale jednak inne. Każdy czuje pociąg do tej formy sztuki – czy to tworząc lalkę samodzielnie, czy zlecając to komuś innemu – ale potrzebuje lalki. W moim przypadku wynikało to z tego, że były one dla mnie nauczycielami.
Dopiero niedawno zdałem sobie sprawę z tego, że lalka pomagała mi zrozumieć to, czego nie widziałem świadomie. Opowiadałem historie, które pochodziły z mojej nieświadomości, a lalka była czymś w rodzaju snu, pokazując mi drogę, której nie rozumiałem.
Czy to była opowieść o tobie? Czy odnalazłeś drogę do siebie? Do świata?
Trochę jedno i drugie. Nie zawsze były to historie o mnie. Ale później zdałem sobie sprawę, że w tych innych postaciach były fragmenty mnie samego, których początkowo nie rozpoznawałem.
Na przykład pracuję teraz nad nowym spektaklem, który porusza temat żałoby i straty. Wiele moich spektakli poruszało tę tematykę, a lalki czasami cierpiały. Nie wiedziałem, jak przeżywać żałobę po pewnych stratach w moim życiu. Uczyłem się tego, pozwalając lalkom przechodzić przez ból, z którym sam nie potrafiłem się zmierzyć.
Ale nie zdawałem sobie z tego świadomie sprawy. Tworzyłem historie, które miała mi pokazać: „Musisz znaleźć coś w sobie”. Lalki nie mogą wykonać całej pracy. To niesprawiedliwe, by narażać je na cierpienie.
Lalka może pomóc nam wskazać drogę do uzdrowienia. Dlatego dla mnie przedstawienie lalkowe to nie tylko rozrywka. W naszym życiu potrzebujemy pomocy w radzeniu sobie z trudnymi sytuacjami, które nas spotykają.
Od samego początku chciałam zapytać cię o tę relację między aktorem a lalką. Jaki był twój najbardziej niesamowity moment z lalką?
Myślę, że przeżyłem ten moment, kiedy zauważyłem lalkę na scenie pogrążoną w bólu, który w pewnym sensie sam jej zadawałem, i serce mi pękło na ten widok. „Nie chcę, żebyś tak się czuła. Dlaczego ci to zrobiłem? Tak mi przykro”.
A więc lalki są jak ludzie. Chciałabym zapytać cię o nazwę festiwalu „Lalka też Człowiek”, który w tym roku odbędzie się już po raz dwudziesty. Co dla ciebie ta nazwa oznacza?
Myślę, że oznacza to, iż lalka ma głębszą wartość, niż nam się wydaje. Zazwyczaj uważamy, że służy ona wyłącznie dzieciom, rozrywce i zabawie, ale kryje się w niej głębsze lustro, w którym możemy dostrzec samych siebie.
Dzięki lalce możemy dostrzec w sobie więcej, niż czasami jesteśmy skłonni przyznać lub chcemy zobaczyć. „Lalka też Człowiek” to głębszy sposób na lepsze poznanie samych siebie poprzez sztukę lalkarską.
Czy możesz opowiedzieć mi więcej o swoich lalkach i przedmiotach, które tworzysz? Zrobiłeś ogromne części ciała. Co skłoniło cię do stworzenia gigantycznego serca?
Nie postrzegam lalek jako przedmiotów. Są dla mnie partnerami scenicznymi. Są prawdziwe. Są prawdziwe, ale nie żywe.
Ale możesz je ożywić!
Tak. Nie lubię słowa „manipulować”. W języku angielskim mówi się: „manipulujesz lalką”. Wolę używać słowa „ożywiać”. Ma ono inny wydźwięk.
Tworzenie moich lalek zajmuje mi dużo czasu. Nie zawsze zaczynam od gotowego rysunku. Nie wiem dokładnie, kim one chcą być. Jest w tym wiele odkryć.
A jeśli chodzi o części ciała… Chciałem stworzyć spektakl uniwersalny, coś, co wszyscy rozpoznajemy i co nas łączy. Chciałem poruszyć kwestie tego, co nas łączy, zamiast tego, czym się różnimy.
Wszyscy mamy ciało. Chciałem usunąć skórę. Czasami, gdy ludzie patrzą na te części, mówią: „O, to jest przerażające, to jest straszne”. Ale ja nigdy tego tak nie postrzegałem. Chciałem odkryć wrażliwą stronę ludzkiej natury poprzez usunięcie skóry i pokazanie tego, co nas wszystkich łączy – mięśni i kości – a także spojrzenie głębiej. Lalki pozwalają nam to zrobić. Nie możemy tego zrobić z naszym własnym ciałem. Ale lalki mówią: „Odsłonię się, będę wrażliwy, nie będę się bał, wyjdę na scenę i zatańczę”.
Niestety mamy ciało!
Tak myślisz? Ciało jest tym, co nas niesie. Dlaczego tak mówisz?
Chciałabym umieć latać! Chciałabym być niewidzialna! Moje ciało ma niestety ograniczenia!
Właśnie dlatego istnieje teatr lalkowy. Pomaga nam przekraczać nasze ograniczenia. Pomaga nam urzeczywistniać nasze marzenia. Dzięki temu możemy dotknąć tego lotu, możemy dotknąć tego głębszego piękna.
Z drugiej jednak strony, kiedy nazywamy kogoś lalką, ma to negatywne konotacje.
Moglibyśmy zmienić definicję lalki i powiedzieć, że oznacza to, iż masz ogromny potencjał, ogromną magię. Wow!
Jedną z rzeczy, które interesują mnie najbardziej, jest kontrola. Kiedy grasz, czy uważasz się za mistrza ceremonii? Jak dużą kontrolę ma lalka?
Kiedy byłem w Amsterdamie, spotkałem Neville’a Trantera. Wiele z jego prac dotyczyło właśnie tej kwestii: kontroli i władzy. Ja nie zastanawiam się nad tym zbytnio. Chyba że właśnie o to chodzi w danej scenie. Jeśli chodzi o bezpośrednią relację między lalką a lalkarzem, nigdy nie podchodzę do tego przez pryzmat kontroli.
Wracam do tańca. Lalka jest moim partnerem do tańca. Nie manipuluje się partnerem do tańca, nie kontroluje się go. Czasami prowadzi, a czasami daje się prowadzić.
Czasami moim ulubionym etapem tego procesu są próby, kiedy odkrywam, kim jest lalka, czego pragnie, i kiedy coś mnie zaskakuje. Po prostu pozwalam jej przejąć kontrolę. To nie ja mam pomysł jako pierwszy. Chodzi o to, by obserwować, jak się porusza, dokąd naturalnie zmierza.
Czy często cię to zaskakuje?
Tak. Czasami to, co podczas tworzenia wydaje się błędem, okazuje się czymś niezwykłym: „O, to ramię tak się porusza! Wow!”. Nie planowałem tego. Ma ruch, którego nie przewidziałem.
I trzeba za tym podążyć. Zamiast myśleć: „Muszę to zmienić”, podążasz za tym, co lalka ci pokazuje. To miła niespodzianka, kiedy tak się dzieje.
Wywiad został przeprowadzony przez Martę Janik w kwietniu w Warszawie, w Teatrze Guliwer.
Zdj. Marta Janik


Rozmowa z Joanną Braun
„Uwielbiam wszelkich pasjonatów!”
Rozmowa z Joanną Braun
Na początku maja, w Krakowie, spotkałam się z wieloletnią jurorką festiwalu „Lalka też Człowiek” – scenografką Joanną Braun. Rozmawiałyśmy o lalkach i maskach, o brawurze i pasji, o czarnym kolorze, który porządkuje świat, oraz o baśni Andersena, z której płynie ważna lekcja dla każdego z nas.
Tytuł festiwalu „Lalka też Człowiek” – co dla Pani oznacza?
To znaczy, że lalka jest bardzo ważna. Tak samo ważna jak człowiek.
Czy może się Pani podzielić jakąś historią związaną z lalką albo maską?
Mam mnóstwo masek. Zbieram je od lat. Wiele z nich dostałam, inne przywiozłam z różnych miejsc świata, chociażby z Meksyku, gdzie mieszkałam przez dwa lata. Jestem zaprzyjaźniona z rewelacyjnym maskarzem Ryszardem Hodurem, który pracował w Szkole Teatralnej, w której zresztą od dwudziestu dwóch lat prowadzę zajęcia. Niedawno przeszedł na emeryturę, choć nadal pracuje. Wczoraj się spotkaliśmy i to był pierwszy raz, kiedy nie przyniósł ze sobą żadnej maski.
Może miał ją na sobie?
No tak też bywa.
Temat maski wydaje się Pani szczególnie bliski.
To ogromnie ważny temat. Czym jest maska? Co zasłania, a co odsłania? Gdybym miała opowiedzieć jedną historię związaną z maską, wróciłabym do mojego debiutu w Teatrze Groteska.
Był rok 1968. Powstawał „Skąpiec” Moliera. Od dzieciństwa stykałam się z teatrem – Władysław Jarema był moim ojcem chrzestnym, znałam pracę Zofii Jaremowej. Szukając pomysłu na przedstawienie, natrafiłam na wizerunek władcy przedstawianego w masce gruszki. Być może nie był to właściwy okres historyczny, ale nie miało to dla mnie większego znaczenia.
Harpagon był skąpcem. Gdy odwróciłam gruszkę do góry nogami, zobaczyłam wychudzoną twarz. Na tym pomyśle zbudowałam cały spektakl. Rodzina Harpagona była odwróconą gruszką, a pozostali bohaterowie – gruszkami okazałymi.
To bardzo znacząca maska. Wielu rzeczy już nie pamiętam – po tylu latach i tylu premierach czasami sama się dziwię, kiedy znajduję pod szafą, na szafie albo w internecie ślady dawnych prac. Ale ten debiut pamiętam dokładnie.
Można więc powiedzieć, że teatr lalek towarzyszył Pani od najmłodszych lat.
Tak, od samego początku. Moja ciotka, Zofia Jaremowa, przyszła na moją wystawę dyplomową na Akademii Sztuk Pięknych. Uznała, że nadaję się do tej pracy, i zaproponowała mi przygotowanie scenografii do „Skąpca”. Oczywiście za najniższą stawkę, żeby nie było mowy o nepotyzmie.
Jako wieloletnia jurorka festiwalu „Lalka też Człowiek” na co zwraca Pani szczególną uwagę?
Na to, co mnie porusza. To festiwal międzynarodowy, o bardzo szerokich horyzontach. Dzięki niemu miałam okazję zobaczyć wiele różnych estetyk i szkół lalkarskich. Bardzo dużo zyskałam, oglądając te przedstawienia.
Pamiętam chociażby Kevina Augustine’a i jego spektakl „Body Concert”, który zdobył nagrodę kilka lat temu. To było niezwykłe połączenie tańca butō, maski, muzyki, światła i narracji. Takiej narracji, że właściwie brakuje słów.
Na co powinien zwrócić uwagę widz, który dopiero zaczyna swoją przygodę z teatrem lalek?
Na emocje. Lalki wzbudzają bardzo różne reakcje, ale właśnie o to chodzi. Mają poruszać. Nie mogą pozostawiać obojętnym.
Każdego jednak porusza coś innego. Czym poruszyła Panią „Balladyna”, która zwyciężyła ostatnią edycję festiwalu?
Brawurą.
Czym jest dla Pani brawura?
Odwagą mówienia o sobie. Zazwyczaj się wstydzimy albo próbujemy dopasować się do różnych układów – przyjacielskich, miłosnych, ekonomicznych. A kiedy ktoś idzie po swoje, bez zabezpieczeń, bez trzymanki, to właśnie nazywam brawurą.
Nie wiem, jaka jest słownikowa definicja, ale dla mnie oznacza właśnie to.
A jaki ma Pani stosunek do przedmiotów? Gra Pani z nimi? Tutaj np. stoi szklanka z sokiem. Czy jakoś ona Panią kusi?
Bardzo. Dla mnie ważne jest, jak ona stoi, jak układa się wobec tej dziurki w stole przed nami. To pewien rodzaj estetyzmu.
Wszystkie garnki w moim domu są czarne. Czarny jest moim ulubionym kolorem. Czerń stanowi oś, wobec której wszystkie inne kolory muszą się odnaleźć. To ona je określa.
Mieszkała Pani przez pewien czas w Meksyku i podróżowała po świecie. Czy istnieje jakaś uniwersalna cecha wszystkich lalkarzy?
To są pasjonaci. Ja w ogóle uwielbiam wszelkich pasjonatów. Wszystko jedno, czy jest to lalkarz, czy technik rowerowy, który nocami siedzi i coś sobie konstruuje. Bardzo podoba mi się połączenie emocji i techniki.
Nie jest obojętne, w jaki sposób animujemy lalki. Teraz pracuję nad spektaklem przygotowywanym dla Teatru Lalki i Aktora „Kubuś” w Kielcach na podstawie baśni Andersena. Długo uważano, że Andersen pisał wyłącznie dla dzieci, ale ukazały się nowe tłumaczenia, pozbawione dawnej infantylizacji.
Czytałam również jego biografię. W ogóle uwielbiam biografie. To przecież także rodzaj masek.
Kim jest dla Pani lalkarz? Dla mnie To człowiek wielu talentów. Najczęściej są to osoby, które robią wszystko same: piszą scenariusze, wybierają lub tworzą muzykę, wykonują lalki, reżyserują swoje przedstawienia. Tworzą własne światy. To wydaje mi się najbardziej fascynujące.
To się nazywa autopanoptikum. Wracając jednak do Andersena i Kielc – przygotowujemy spektakl „Kalosze szczęścia” w reżyserii Piotra-Bogusława Jędrzejczaka. Andersen przecież nie pisał dramatów. Nie tworzył dialogów ani didaskaliów. Opowiadał o czymś albo o kimś, najczęściej o sobie, ukrywając się pod różnymi maskami. Nie znałam wcześniej tej opowieści. Formalnie jest to baśń dla dzieci, ale ja uważam, że przede wszystkim dla dorosłych.
Kalosze szczęścia trafiają do kolejnych osób, które pragną znaleźć się gdzieś indziej, spełnić marzenie, doświadczyć upragnionego szczęścia. Jest pięć takich historii i każda kończy się podobnie. Bohaterowie dochodzą do przekonania, że doświadczenie wymarzonego szczęścia było najgorszym okresem ich życia. Pojawiają się pytania: „Czy jestem już wariatem?”, „Czy nadaję się jeszcze do ludzi?”, „Nie chcę już niczego”.
Nad całą opowieścią czuwają dwie postaci, które Andersen nazywa wróżkami. Ja nie lubię tego określenia. Ja to wszystko traktuję jako lustrzany karnawał. Jedna z kobiet nazywa się Szczęście, druga – Troska. Co z tego wyniknie? Zapraszam na premierę do Teatru Lalki i Aktora „Kubuś” w Kielcach.
Rozumiem, że Pani nie marzy o kaloszach szczęścia?
Nie marzę.
Ale żeby w ogóle nie marzyć – to jest niemożliwe!
Rozmawiała: Marta Janik
Zdjęcia: Marta Janik
Rozmowa miała miejsce w Krakowie na początku maja 2026 roku w kawiarni „Prowincja” przy ulicy Brackiej.

Zapraszamy do udziału!
Z wielką przyjemnością zapraszamy Państwa do zgłoszenia udziału w XX edycji Międzynarodowego Festiwalu Teatru Lalek i Animacji Filmowych dla Dorosłych „Lalka Też Człowiek”, która odbędzie się w dniach 9-17 października 2026 w Warszawie.
Zaproszenie skierowane jest do profesjonalnych lalkarzy jak i studentów sztuki lalkarskiej z całego świata.
Zasady uczestnictwa:
Zapraszamy spektakle lalkowe adresowane do widza dorosłego. Z nadesłanych zgłoszeń, nasi selekcjonerzy wybiorą 8-10 spektakli, które zostaną zaprezentowane w konkursowej części Festiwalu.
Termin nadsyłania zgłoszeń: 31 maja 2026
Wyniki kwalifikacji zostaną przekazane drogą elektroniczną i opublikowane na stronie internetowej Festiwalu.
Mamy nadzieję zaprezentować Waszą sztukę na naszym Festiwalu.
Wypełnione zgłoszenie proszę wysłać na adres: biuro@uniateatrniemozliwy.pl.
